Z Pokhary do Sarangkot
Ze wzgledu na obfite opady (mam na mysli 2 dni bez przerwy) postanowilismy zmienic lokalizacje. Wystarczylo wsiasc do jednego z pobliskich PKSow do Pokhary (w ktorej zgodnie z tablicami klimatycznymi pada 3 razy wiecej niz w Kathmandu) aby zostac wynagrodzonym 2 dniami slonca. Przyjecie w hotelu bylo bardzo cieple - wszyscy ucieszyli sie ze przywiezlismy slonce (wczesniej padalo 5 dni non stop). Tyle wstepu..
Z racji pieknej pogody postanowilismy wysuszyc nasz zmokniety sprzet i wyruszyc na pobliski punkt widokowy, z ktorego roztacza sie przepiekny widok na masyw Annapurny. Oczywiscie pora monsunowa ma to do siebie, ze szanse zobaczenia masywu sa nieznacznie wieksze od wyganej w totka. Wiedzielismy jednak, ze z gory podziwiac bedzie mozna nie tyle gory, co doliny, bo znajdujac sie w Pokharze moglismy bez trudu (nieco odchylajac glowe do tylu) ujrzec na wlasne oczy szczyt, na ktory jechalismy, czyli Sarangkot.
Na poczatku zdawalo sie nam, ze nie jest to zbyt ambitny wyjazd. Pohkara znaduje sie na wysokosci okolo 800 metrow, Sarangkot na ok. 1600, w odleglosci ok. 10 kilometrow. Poczatki takze zapowiadaly, ze szybko i dosc bezbolesnie znajdziemy sie na szczycie. Szybko jednak okazalo sie, ze to nie bedzie takie proste. Podjazd stal sie bardzo stromy, a w dodatku niemal w calosci prowadzil w terenie ani troche nie oslonietym od slonca. Popularna patelnia. Tu wlasnie zauwazylismy, ze Pokhara znajduje sie prawie pol kilometra nizej niz Kathmandu i przez to jest tu o wiele cieplej. O wiele.
Strasznym nie bylo to, ze w trakcie podjezdzania, nawet niezbyt szybkim tempem, pot lal sie z nas strumieniami. Do tego mozna sie przyzwyczaic tranujac kolarstwo gorskie. Problem w tym, ze nawet po 5-minutowym odpoczynku w cieniu pot nadal lal sie strumieniami. Na szczescie wraz ze zdobywaniem wysokosci robilo sie coraz wietrzniej i chlodniej. W dodatku widoki roztaczaly sie na coraz wiekszy obszar i dodawaly nam sil. Jakis kilometr przed szczytem zatrzymalismy w miejscu, do ktorego dowozono paralotniarzy. Ci szybko przygotowywali sprzet, wznosili sie w powietrze, dajac tym samym miejsce dla kolejnych przyjeznych. Grzesiu twierdzi, ze mieli swietne prady wznoszace. Nawet nie znajac tematu jestem w stanie w to uwierzyc, bo bardzo szybko zyskiwali wysokosc.
Nam szlo potem tez nie najgorzej. Dojechalismy niemal do szczytu, a potem juz niestety pieszo zdobylismy punkt widokowy. Zgodnie z oczekiwaniami zasniezonych szczytow nie zobaczylismy, ale juz dobrze widoczne podnoze masywu Annapurny jasno zasygnalizowalo nam, ze te gory sa imponujacych rozmiarow. Swietnie prezentowalo sie takze jezioro, nad ktorym polozona jest Pokhara.
Potem zdecydowalismy, ze zjedziemy na dol nieco inna, trudniejsza droga. Mimo tego, co twierdzi Grzesiek, byla to nasza wspolna decyzja, zainspirowana tylko moim pomyslem. Zdecydowalismy, ze zjedziemy w dol pieszym szlakiem. Nie wiedzielismy o nim za duzo, po prostu na mapie byla zaznaczona minimalna sciezka, ktora prowadzila w pozadanym przez nas kierunku. Dodatkowo para spotkanych przez nas Slowakow powiedziala, ze slyszeli cos o tej drodze. To nam wystarczalo, zeby zdecydowac sie na taki zjazd.
Szybko okazalo sie, ze nawigacja bedzie trudna sprawa, bo nasza mapa byla zbyt malo szczegolowa. Pytalismy w okolicznych wioskach, ale wszyscy kierowali nas droga, ktora wjechalismy na szczyt. Przez moment mielismy nawet malego przewodnika imieniem Bebek, ale jego rower, wyposazony tylko w jedno przelozenie i slabe hamulce nadawal sie tylko na jazde po plaskim. Z czasem, gdy juz zdawalo sie, ze dojezdzamy do wybranej drogi, zaczelo nas juz wkurzac, ze wszyscy kieruja nas spowrotem. Tlumaczylismy im, ze nasze rowery sa nieco lepsze od ich, a i my mamy doswiadczenie w jezdzie po pieszych szlakach. Ostatecznie zaczalem juz mowic, ze mozemy te rowery niesc, byle nie wjezdzac spowrotem do gory.
Pokazali nam droge. Poczatek byl latwy, niemal banalny zjazd po lace. Potem niezbyt strome kamienne schody. Nierowne, ale od czego mamy amortyzatory. Ruszylismy powoli w dol. Z czasem schody stawaly sie coraz bardziej strome. Niekiedy trzeba bylo niesc rower przez uskok w drodze. Z czasem bylo juz na prawde trudno, szczegolnie wtedy, gdy przez schody przeplywal strumy. Mokre kamienie to nie jest nasza ulubiona nawierzchnia. Z bolem musze przyznac, ze czesc zjadu muslielimy prowadzic rowery. W Grzesia przypadku dosc duza czesc. Byl na mnie wkurzony, bo mogl sobie wrocic asfaltem. Z czasem i ja widzialem, ze coraz wiekszej czesci schodkow nie da sie pokonac na siodelku, wiec zaczelismy szukac alternatywnego szlaku.
Latwo zjechalismy z poprzedniego, ale bardzo utrudnilo nam to nawigacje. Ogolny kierunek byl znany - w dol, ale wiele sciezek prowadzilo do nikad. W wielu przypadkach sciezki zasypane byly kamieniami, ktore oberwaly sie z sasiednich stromych zbyczy. Wielokrotnie sie gubilismy, pytalismy ciagle o droge. Mam wrazenie, ze tracilismy wysokosc jeszcze wolniej, niz ja wczesniej zyskiwalismy. Gdy bylismy juz blisko jeziora, brakowalo nam moze 50 metrow przewyzszenia na naszej, skad inad bardzo waskiej sciezce, stanela przeszkoda. Zdaje sie okolo 600-700 kilogramow zywej masy. Wół (przekleilem z wikipedii, bo nie mam polskich znakow). Nie powiem, ze poczulismy sie pewnie. Szybko usunelismy z drogi rowery i siebie i pozwolislismy wolowi przeprowadzic sciezka swoja rodzinke. Potem jeszcze tylko wracajace ze szkoly dzieci nie mogly sie nadziwic, jaka obralismy sobie sciezke.
Straty? - Oszacujemy dopiero jutro, gdy okaze sie, jak bardzo przesadzilismy ze sloncem. Wczesniej, gdy niebo bylo zachmurzone, zrezygnowalismy z uwyzania olejkow do opalania. Dzis jednak swiecilo bardzo mocno, a olejek pozostal w domu.. Oby dobra pogoda utrzymala sie jeszcze przez najblizszych kilka dni, bo jutro lecimy na podboj Annapurny.
Wycieczka moze sie troche przedluzyc, wiec nastepny wpis za minimum 4-5 dni.
Bhaktapur
Dawna stolica królestwa, wpisana na Liste światowego dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego UNESCO jest dziś najlepiej zachowanym "średniowiecznym" miastem Nepalu, z tradycyjna zabudowa i duża liczba świątyń ...
Takim wstępem opisany byl ostatni cel naszej wyprawy. Okazało sie ze rzeczywistość przerosła nasze oczekiwania, po zatłoczonym Kathmandu gdzie przy poruszaniu sie po ulicach wymagana jest obecność maski, wystarczyło zapłacić ok 25 rupli( 1 zl) za autobus aby przejechać 14 km i dotrzeć do zupełnie innego świata.
Przepiękne wykładane cegłami ulice pozbawione wszędzie walających się śmieci i zabytkowa średniowieczna architektura otoczona potężnymi górami. Całość dopełniona strugami deszczu które w tym dniu wyświadczyły nam przysługę przeganiając mieszkańców i turystów pod strzczechy.
Ze względu na obfite opady deszczu postanowiliśmy przemieścić się w okolice obszarów bez monsumowych kolo Annapurny.
Wyprawa do Shivapuri National Park
Nie myslcie, ze nasz pierwszy wyjaz na rower byl zarazem ostatnim. Fakt, ze potrzebowalismy troche czasu, zeby pierw odpoczac po podrozy z Delhi, a potem, zeby zregenerowac sie po wycieczce, ale teraz juz ambitniej korzystamy z naszych rowerow.
Wczoraj na przyklad wybralismy sie do parku narodowego nieopodal Kathmandu. Czas wycieczki wyniosl niemal 9 godzin, dystans 70 km, a maksymalna wysokosc okolo 2200 metrow. I to jeszcze nie koniec ...
Rowerowy rekonesans
Duzo wysilku kosztowalo nas dowiezienie rowerow do Kathmandu, wiec mamy prawo oczekiwac, ze nasze starania zostana nagrodzone. Dzis wsiedlismy na rowery po raz pierwszy i wybralismy sie na niedluga, ale jak sie potem okazalo dosc wymagajaca wycieczke.
Jeszcze przed wyruszeniem z Kathmandu okazalo sie, ze jazda po miescie do przyjemnych nie nalezy. Po pierwsze radzenie sobie w tym ruchu to spore wyzwanie, w dodatku trzeba przyzwyczaic sie do jazdy po lewej stronie (Grzes akurat nie musi :)), a poza tym zanieczysczenie powietrza w kotlinie jest rzeczywiscie duze, wiec od jutra bedziemy jezdzic w maskach. Nie ukrywam, ze pewien problem stanowila tez nawigacja, bo w koncu nazwy ulic sa
zapisane do nepalsku.
Wraz z oddalaniem sie od centrum jazda byla jednak przyjemniejsza i ciekawsza. Krajobraz zaczal sie zmieniac na bardziej wiejski, a drogi na blotniste. Bylismy zachwyceni soczystymi odcieniami zieleni na pobliskich polach ryzowych. Takze tubylcy zdawali sie byc nie mniej przyjazni niz zaskoczeni. Gdy zatrzymalismy sie przy jednym ze sklepow, po zakupieniu jedzenia i picia usiedlismy na schodach. Po kilku sekundach przybiegl jednak sklepikarz, ktory dal nam male siedzonka. Otrzymalismy takze zaproszenie na herbate, ale Grzes bardzo nie chcial z niego skorzystac.
Gdy jezdzilismy po wiejskich przedmiesciach stolicy, zauwazylismy, ze to kobiety pracuja w polu i ze to one kopia rowy pod kanalizacje. Mezczyzni czesciej siedzieli, pracowali w sklepach lub na sprzecie roliczym. Raz nawet widzielismy pare idaca gorskim szlakiem. Facet niosl niewielki plecak, a zdaje sie jego zona pokazny worek zboza. Coz, ciekawe 😉
Z czasem znajdowalismy sie coraz wyzej ponad dolina. Minelismy jeden z wielu posterunkow nepalskiej armi, na ktorych kontrolowali oni przejezdzajace pojazdy. Chwile pozniej wjechalismy na teren pobliskiego rozerwatu przyrody i wtedy gory zaczely sie na dobre. Jechalismy szeroka na poczatku sciezka, ktora stopniowo stawala sie wezsza i stromsza, a takze coraz bardziej porosnieta. Mielismy kilka przygod z wyrosnietymi pokrzywami, a potem takze z
pijawkami. Zagadka jest dla nas jak one to robia, ze sie tak szybko przemieszczaja... Probowaly takze zaatakowac nasze ramy i nawet opony. Zastanawiam sie tylko jak przetwaly zaczepione do opon na tej rowerowej karuzeli...
Dotarlismy do wysokosci ok. 1900 metrow. Jak na Nepal jest to moze niewiele, ale jednak w tym klimacie i na tak ciezkich rowerach zdobywanie wysokosci nie jest latwe, szczegolnie na tak kamienistych sciezkach. Niestety okazalo sie, ze na wiekszych wysokosciach widoki przeslanialy chmury, ktore i tak byly dla nas laskawe. Mimo wczesniejszych nie najlepszych prognoz, nie spadla dzis ani kropla deszczu. Uznalismy wrecz, ze pogoda byla idealna, bo kilka stopni wiecej oznaczaloby, ze szybko pozostalibysmy w parku narowowym bez picia (nastepnym razem wezmiemy go wiecej),
a z drugiej strony nawet kilka kropli deszczu mogloby nam bardzo utrudnic zjezdzanie spowrotem do Katmandu. I bez deszczu Grzesiu tanczyl na bardzo sliskich, zdradliwych kamieniach.
W drodze powrotnej bylismy juz bardzo glodni, zmeczeni i (przynajmniej ja) glodni. Chcielismy jak najszybciej dotrzec na dol. Natrafilismy jednak na swietny punkt widokowy przyozdobiony dodatkowo kolorowymi flagami modlitewnymi. Zolnierze, ktorzy tez sie tam przechadzali zrobili nam nawet wspolne zdjecie, jedyne takie dzisiaj, jak sie pozniej okazalo. Z gory moglismy nie tylko zobaczyc ciekawa panorame, ale takze uslyszec dzwieki muzyki. Zapytalismy zolnierzy, czy to jakies swieto, na to oni wskazali na jeden z placow na horyzoncie, na ktorym ich koledzy maszerowali
do wspomnianej muzyki.
W dalszej czesci zjazdu nie patrzylismy juz na mape czy na szlaki. Patrzylismy tylko, gdzie znajduja sie najblizsze zabudowania, a dokladniej najblizszy sklep. Spragnieni bardzo chcielismy w koncu moc kupic wode.
Po powrocie do hotelu bylismy zmeczeni. Jak sie potem okazalo pokonalismy dzis zaledwie 40 km i to w piec i pol godziny, ale bylo to dobre rozpoczecie naszych przygod na nepalskich trasach.
Z Delhi do Kathmandu
13 godzin w pociagu, 5 godzin w jeepie, 12 godzin w autobusie i jeszcze przejazdzka taksowka - tak w skrocie mozna opisac nasz przejazd z Delhi do Katmandu. Przez dlugi czas nie wiedzielismy, czy dojedziemy, a przede wszystkim czy nasze bagaze dotra do miejsca przeznaczenia.
Drugie podejscie do przejazdu pociagiem z Delhi do Gorakhpur bylo bardziej szczesliwe. Juz rano zanieslismy na pociag nasze rowery i przez dluzszy czas za nimi chodzilismy. Na zdjeciu obok widac dlaczego. Terminal bagazowy byl ledwie zadaszony i kazdy mogl sie po nim poruszac. Az dziw nas bierze, ze te rowery dotarly na wlasciwy pociag, a potem na wlasciwa stacje. Gdy po 13 godzinach jazdy zobaczylismy je ponownie, odetchnelismy z ulga.
Potem przyszedl czas na przejazd z Gorakhpur do nepalskiej granicy w Sunauli. Pojechalismy jeepem w 40 stopniowym upale. Na przednim siedzeniu siedzialo 5 osob, nawet nie proboje zgadywac ile bylo z tylu. Grzes mial dzwignie zmiany biegow miedzy nogami i sam przyznal, ze nie czul sie z tym zbyt komfortowo.
Na granicy przyszedl czas na negocjacje z kierowcami busa, ktorzy chcieli wymusic od nas doplate za rowery. Nie dalismy sie. Znalezlismy ryksiarza, ktory wzial rowery i zawiozl nas do przystanku strazy granicznej. Zaprowadzil do niemal budy, w ktorej poproszono nas o paszporty. Dlugo nie bylismy pewni, czy to rzeczywiscie posterunek strazy graniczej. Zaczelismy sie tym bardziej niepokoic, gdy zabrano nasze paszporty. Wkrotce jednak okazalo sie, ze wszystko bylo ok, a straznik niemal ojczynym tonem poinstruowal nas, zebysmy nie wymieniali walut przed granica, bo nas 

oszukaja.
Na granicy nepalskiej z trudem uzupelnialismy wnioski wizowe. Zar lal sie z nieba, a pot z czola kapal na kartki. Trzeba bylo umiejetnie robic "uniki". Poznalismy tam dwie Holenderki, ktore tez jechaly do Kathmandu. Poinstruowaly nas gdzie kupic bilet na autobus, po czym razem wyruszylismy w podroz.
Rowery zamontowano na dachu, podobnie jak reszte bagazy. Przykryto je ortalionowa plachta, a nas zapakowano do srodka. Szybko okazalo sie, ze kierowca i jego pomocnicy chcieli pobic rekord Guinessa w liczbie przewozonych autobusem osob. Nie tylko obsadzili miejsca siedzace, w przejsciu ustawili lawke, ale tez wielu osobom kazali stac, a inni wsadzili na dach. Podroz miala trwac 12 godzin, wiec nie byly to przelewki. Co chwile lal deszcz, co chwile dosiadaly sie coraz to kolejne osoby. Gdy predkosc autobusu przekraczala 30 km na godzine, autobus zaczynal sie trzasc i nie wygladalo to bezpieczenie. Co wiecej w srodku bylo nie tylko ciasno, ale i potwornie duszno. Kierowca robil niezrozumiale dla nas przerwy na gorskich przeleczach, wiec rzeczywiscie 150 km pokonalismy w 12 godzin. Pod koniec tej podrozy nie moglismy juz zniesc wlasnego zapachu i jak nigdy w zyciu marzylismy o prysznicu.
Gdy dotarlismy do Kathmandu okazalo sie, ze nasze kartony z rowerami sa w stanie ciezkim i malo sie nie rozplywaja. Ortalinowy pokrowiec byl bezradny wobec intensywnych monsunowych opadow, ale zabezpieczyl bagaze przed pladrowaniem przez podrozujacych na dachu. Bylismy zdziwieni, ze nic nie zniknelo, a jak sie okazalo pozniej rowery sa w niemal nienaruszonym stanie.
Zderzenie z indyjska rzeczywistoscia
Zgodnie z planem dotarlismy do Delhi, dotarly tez nasze rowery. Moj samolot mial co prawda dwugodzinne spoznienie wynikajace z tego, iz chynscy celicy nie chcieli wydac pilotom jakis dokumentow, ale nie mialo to wiekszego znaczenia.
Taksowka dowiazla do hotelu najpierw mnie, a potem tez taksowka pojechalem odebrac Grzesia z lotniska. W Delhi przez taksowke rozumie sie malego busa, w ktorym niestety nie bardzo chcialy sie zmiescic nasze rowery. Musialy wiec jechac na dachu. Nasz hotel jest jak na indyjskie warunki czysty i oferuje rzetelna informacje turystyczna, co bylo dla nas priorytetem. Zdjecie obok przedstawia, jak wyglada jego okolica. Nie ukrywam, ze byla ona dla nas szokiem.
Zgodnie z planem mielismy juz wczoraj wyjechac z Delhi, ale niestety sie to nie udalo. Okazalo sie, ze blisko 4 godziny to za malo, zeby nadac bagaz na pociag (nasz rowery nie zmieszcza sie w wagonie, wiec trzeba je nadac do wagonu bagazowego). Poczatkowo pracownik kolei chcial od nas oryginalne bilety, potem powiedzial nam, ze pociag odjezdza z innej stacji, a gdy juz na niej bylismy powiedziano nam, ze ze wzgledu na zalanie pewnego mostu dzis pociag odjedzie ze stacji, na ktorej pierwotnie sie znajdowalismy. Nie zdazylismy juz wrocic i musielismy pozostac w Delhi.
Tutejsza rzeczywistosc jest dla nas delikatnie mowiac uciazliwa, szczegolnie gdy bylismy w pospiechu. Dlatego tez pierwszy dzien podrozy dal nam sie mocno we znaki. Dopiero dzis, gdy ochlonelismy, zarezerwowalismy pozniejszy
pociag oraz przeznaczylismy wystarczajaco duzo czasu na wszystkie mozliwe przygotowania, zaczynamy sie odnajdywac posrod nagabywaczy, krow, szalonego ruchu ulicznego oraz pracownikow kolei mocno testujacych nasza cierpliwosc.
Dzis juz z pewnoscia wyruszamy do Gorakhpur i przy pomyslnych wiatrach za 2 dni bedziemy w Kathmandu.
Dzien D nadchodzi
Nasze dlugie przygotowania sa juz zakonczone. Juz jutro dzien D, nasze spotkanie w Delhi. Jak widac nie mam juz ze soba wlasniego komputera, wiec od dzis relacje prowadzone beda bez polskich znakow. To jak przedstawia sie plan?
Jutro ok. 1:45 rano przylatuje na lotnisko do Delhi, z ktorego taksowka zabierze mnie do naszego hotelu. Po 4-5 godzinach snu wsiade w kolejna taksowke, zeby przyjechac na lotnisko po Grzesia. On laduje ok. 9 rano czasu indyjskiego. Bedzie miec ze soba rowery, wiec postaram sie zalatwic minibusa, ktorym bedziemy mogli ruszyc do centrum Delhi, do naszego hotelu. Nie zabawimy tam jednak dlugo (czytaj bedziemy miec czas, zeby cos zjesc i sie wykapac). Juz ok. 15 odjezdza z Delhi nasz pociag do Gorakhpur. Wybralismy trzecia klase z kuszetka. Jestesmy obecnie na pierwszym i drugim miejscu listy rezerwowej, wiec nie powinno byc problemu z dostepnoscia biletu. Do celu powinnismy dojechac po ok. 14 godzinach. Potem poszukiwanie autobusu do granicy Nepalu, odprawa, kolejny autobus do Kathmandu...
Tak przedstawia sie plan idealny, ale jak w kazdej podrozy, liczymy sie z tym, ze nie bedzie tak pieknie. Miejmy tylko nadzieje, ze problemy, ktore wystapia latwo uda sie pokonac i bedziemy mogli spokojnie ruszyc w strone Kathmandu.
Wlasnie dostalem smsa od Grzesia, wyjezdza wlasnie z Walbrzycha. Nie mowilem mu tego, ale czeka go teraz prawdziwy podrozniczy maraton. Leci pierw z Pragi do Dubaju, z Dubaju do Delhi, a potem razem ruszamy do Nepalu, co zajac powinno ok. 2 dni.
Pawilon Nepalu na Expo w Szanghaju
Być w Szanghaju i nie pojechać na Expo? Niemożliwe.
Przedstawiam zdjęcia z Nepalskiego pawilonu. Nie był on może tak okazały jak Arabii Saudyjskiej, Australii czy Maroko, ale osoba zainteresowana mogła się czuć usatysfakcjonowana. Charakterystyczna architektura, długie wijące się w okół stupy podejście wraz z niezłym widokiem na pozostałą część Expo (prawie, jakby było się w górach) oraz galeria pamiątek na samym dole budynku - tak w skrócie można opisać pawilon Nepalu. Nie zabrakło też sklepu z pamiątkami, restauracji oraz pieczątek granicznych.
Pieczątki stanowiły hit Expo - każdy Chińczyk, który wystał się w kolejce, aby dostać się do pawilonu, zawsze chciał to udokumentować. Służył do tego Expopaszport. Chińczyk grzecznie ustawiał się w kolejce do miejsca, w którym wstawiano pieczątki do złudzenia przypominające te posiadane przez straż graniczną. Jedyną różnicę stanowił element, gdzie normalnie pojawiała się nazwa przejścia granicznego. Tam zamiast nazwy przejścia pojawiał się napis "Expo 2010". Trudno oprzeć się wrażeniu, że wielu odwiedzających bardziej interesowało zdobycie pieczątki niż obejrzenie pawilonu. Szczególnie dotyczy to tzw. kołchoźników. Takiej nazwy użył pracownik polskiego pawilonu w odniesieniu do osób z dalekiej chińskiej prowincji, zwykle z zapuszczonych wsi, przyjeżdżających na Expo dużymi grupami w nagrodę za zasługi. Mój brat, zachwycony pomysłem też ustawił się w kolejce. Jednak nie wiedział jeszcze wtedy o istnieniu Expopaszportów i podsunął swój prawdziwy paszport 🙂
Trening w Chinach
Dostałem maila od Grzesia, że był w Londynie i popracował kilkanaście dni na rykszy. Twierdzi, że stracił na wadze i nabrał sił, z czego bardzo się cieszę. Gorzej, że moja forma przez ostatnie 2 tygodnie przed wyprawą tylko eroduje. Cóż, wcześniej nie było okazji wsiąść na rower, jednak wczoraj byliśmy w górach - udało mi się zdobyć rower i wybrać na półtorejgodzinny trening.
Sprzęt nie był najlepszy, szczerze powiedziawszy to wręcz 2 rozmiary za mały, ale jazda przyniosła sporo frajdy. Szczególnie ciekawe były miny ludzi jeżdżących na skuterach, którymi zapchane było całe centrum miasteczka. Nie wiem, czy bardziej dziwiła ich obecność rowerowo ubranego Europejczyka czy to, że wielu z nich bez większego problemu wyprzedzałem. Trzeba przyznać, że o ile przepisy dotyczące pierwszeństwa są w Chinach powszechnie łamane, o tyle kierowcy samochodów, a tym bardziej skuterów czy motocykli, jeżdżą zwykle sporo wolniej niż pozwalają na to przepisy.
Obok zamieściłem zdjęcia po treningu na tzw. Lao Jie czyli starej ulicy, bardzo efektownym centrum Huang Shan, miejscowości, w której przebywałem ostatnie 3 dni. Mam nadzieję, że spodobają się prezesowi klubu, bo sam nawet nie podejrzewałem, że będę promował KK Wałbrzych nie tylko w Nepalu, ale także w Chinach 🙂
Bardzo ramowy plan wyprawy
Wiem, że dla wielu osób okoliczności naszej wyprawy są bardzo niejasne, dlatego też postaram się w prosty sposób zarysować ramowy plan wyprawy.
Zaczynamy 24 sierpnia 2010 w Delhi, gdzie spotykamy się z Grzesiem na lotnisku. Ja przylecę wtedy z Pekinu po dwutygodniowej wycieczce po Chinach. Przywiozę ze sobą nasze plecaki, które podróżować będą ze mną po państwie środka. Grześ przyleci z Pragi, zdaje się po dwutygodniowym turze po Hiszpańskim wybrzeżu (chyba, że coś się zmieniło). Grześ weźmie ze sobą nasze rowery.
Z Delhi będziemy chcieli jak najszybciej przenieść się do Katmandu i najprawdopodobniej zrobimy to pociągiem, a potem autobusem, co będzie trwać około dwóch dni. Po dotarciu do Katmandu zaaklimatyzujemy się kilka dni w dolinie, po czym wyruszymy wyżej, być może nawet do granicy z Tybetem.
Podróżnicy mawiają, że przy odrobinie szczęścia można dostać się na Wyżynę Tybetańską bez wizy (i dodatkowego wymaganego na tym obszarze pozwolenia). Niestety w grę wchodzi zaledwie 7-kilometrowy pas graniczny między posterunkami Nepalskich i Chińskich strażników granicznych. Podobno jednak warto, więc będziemy próbować.
Wraz z nadchodzeniem końca pory monsunowej wyruszymy zapewne na zachód, w rejony Pokhary, aby zobaczyć z bliska podziwiane przez podróżników rejony Annapurny. Pojechanie tam wcześniej jest bardzo trudne ze względu na bardzo wysokie opady w tym rejonie.
W okolicach 15 września będziemy musieli wracać do Delhi. W grę wchodzić będą znów ląd i samolot. W Delhi spotkamy się z Ewą, koleżanką ze studiów, która obiecała, że nas ugości i oprowadzi po mieście.
19 września wracam do Pekinu, gdzie będę studiował przez najbliższe pół roku. Grześ zabawi w Delhi jeszcze jakieś 2-3 dni, po czym poleci do Polski.





























































