Mialem stracha…
Wiele emocji dostarczyły mi i mojej rodzince Turkish Airlines, które zagubiły bagaż rodziców, a także nasze, przygotowane już na Nepal, plecaki. Cała sytuacja miała miejsce na skutek opóźnienia samolotu z Pragi do Stambułu, którym lecieli. Musieli się z niego pośpiesznie przesiadać do Szanghaju i o ile sprinterskie talenty mamy, taty i barta pozwoliły im się przesiąść na czas, o tyle szybko przekładane bagaże poleciały w innym niż zakładany kierunku.
Sytuacja początkowo nie wyglądała aż tak źle, jak by się mogło wydawać. Ja przyleciałem do Szanghaju kilka godzin wcześniej i mogłem podzielić się z tatą i bratem ciuchami. Miałem też część kosmetyków. Następnego dnia nie mieliśmy też problemów z kupieniem mamie tymczasowych ubrań. Jednak dwa dni później, gdy bagaż nie przychodził byłem już zaniepokojony. Tym bardziej, że po telefonach na lotnisko oraz do biura Turkish Airlines w Stambule dowiedziałem się, że nasz bagaż nie został nadal odnaleziony.
Trudno opisać chwilę, gdy trzeciego dnia zostaliśmy poinformowani w recepcji, że nasze torby już są na miescu! Jeszcze chwilę wcześniej z trudem godziłem się z myślą, że być może w Chinach będę musiał raz jeszcze kompletować bagaż na wyprawę.
Wyzwania stojace przed nami
Termin, w którym jedziemy nie jest optymalny. Wiemy o tym od samego początku, ale mimo to jest to tak dobra okazja na wyjazd, że szkoda z niej nie skorzystać. Problem stanowi pora monsunowa, która w Nepalu trwa mniej więcej od początku lipca do połowy września, a czasami nieco dłużej. Chmury niosące parę wodną znad Oceanu Indyjskiego zatrzymują się wtedy na stromych południowych zboczach Himalajów przynosząc rekordowe opady.
Ponadto górskie szlaki opanowuje wtedy plaga pijawek, które jak wynika z relacji Pauliny, „najlepiej przypalać, żeby odpadły”. Nie wspominając już o komarach, których niewinne ukłucie może zakończyć się malarią.
W Nepalu znajdują się co prawda obszary bezmonsunowe, położone w cieniu opadowym za wysokimi górami (takie jak Dolpo czy Mustang), ale niestety dostęp do nich jest mocno ograniczony przez nepalskie władze. Do Mustangu może wjechać jedynie 1000 turystów rocznie. Ponadto muszą być oni uczestnikami zorganizowanych wypraw, co sprawia, że póki co wjazd na te obszary na rowerze pozostaje czystą abstrakcją.
Dlatego też pozostaje nam przygotować się na najgorsze możliwe scenariusze pogodowe i odłożyć wizytę w najbardziej deszczowych rejonach (takich jak Pokhara) na koniec naszego wyjazdu, gdy intensywność i częstotliwość opadów zmaleje.
Przygotowania do wyprawy
Wyprawa rowerowa w Himalaje to nie przelewki, więc wymagała od nas kilkumiesięcznych przygotowań obejmujących 4 podstawowe kwestie: gromadzenie informacji o Nepalu, załatwienie spraw formalnych (wizy, szczepienia, bilety, ubezpieczenie), przygotowanie roweru oraz skompletowanie potrzebnego oraz zoptymalizowanego rozmiarowo i wagowo bagażu.
Ostatnia z tych kwestii była chyba najtrudniejszą, bo zabranie jednej rzeczy za mało może znacznie utrudnić podróż, a z drugiej strony każdy nadmierny kilogram odczujemy w nogach i na plecach. Na plecach, gdyż zdecydowaliśmy się jechać z plecakami, co wiele osób dziwi. My jednak jesteśmy przekonani, że w ten sposób będziemy bardziej mobilni i wyciągniemy z jazdy dużo więcej przyjemności. Co
tu dużo pisać, radość z jazdy rowerem górskim po nepalskich bezdrożach jest bezcenna i to nie tylko w reklamie MasterCard.
Ostatecznie nasze plecaki będą ważyć po około 12 kg, czyli tylko 2 kg więcej niż miało to miejsce rok temu podczas mojej samotnej wycieczki po Macedonii. Zdjęcie obok przedstawia 90% rzeczy, które będziemy mieć ze sobą. Zobaczcie też na fotkę z oficjalnego warzenia bagażu. Tym razem zrezygnowałem z oficjalnego warzenia samego siebie (zrobiłem tak przed Tajwanem), bo niezależnie od tego czy przytyję, czy schudnę, mama i tak będzie narzekać, jaki to ze mnie szczypiorek 😉
Warto też wspomnieć o przygotowaniach spraw formalnych: agentach firm ubezpieczeniowych (którzy zręcznie przekonywali, że ich polisa zapewni natychmiastowe pokrycie kosztów, gdy z treści ogólnych warunków ubezpieczenia wynikało, że pokrycie kosztów otrzymamy dopiero po powrocie do kraju) oraz przede wszystkim pracownikach ambasady Indii, którzy dali nam przedsmak bariery kulturowej, która nas czeka. Na długo zapamiętam urzędnika, który 4-krotnie na placach liczył, jaki miesiąc będzie za 3 miesiące 😉
Same rowery także wymagały przygotowania. Dokładniejszego przeglądu dokonał Grzesiu (choć zostawiłem mu centrowanie kół na nieco później, bo w końcu co będziemy robić podczas dwudniowego przejazdu pociągami i autobusami z Delhi do Katmandu?). Zainstalowaliśmy kilka komponentów dla zwiększenia wytrzymałości sprzętu, a także zabraliśmy ze sobą spory zestaw części zamiennych. Kto wie, jakie problemy techniczne mogą nas spotkać w kraju, gdzie przeciętny rower ma o 26 przełożeń mniej niż nasze…
Kontrowersje budziło też oklejanie rowerów taśmą izolacyjną. Gdy pojechałem takim rowerem na maraton w Głuszycy, część osób przyglądało się mojemu „zabandażowanemu” Scottowi ze sporym zaciekawieniem, doszukując się w nim sylwetki prototypowego modelu jednej z wiodących marek na nadchodzący sezon. Zapytany o prototyp nie próbowałem nawet wyprowadzać innych zawodników z błędu 🙂 Ogólnie rzecz biorąc osoby znające sprawę uznały rower za oszpecony i wręcz brzydki. Mam nadzieję, że za taki uzna go też potencjalny nepalski lub indyjski złodziej i zostawi go w spokoju.
Marzenie o Nepalu
Gdy przeszło 3 lata temu Grześ i ja obiecaliśmy sobie, że wyruszymy kiedyś na wyprawę rowerową po Nepalu, nawet dla nas brzmiało to bardziej jak żart niż rzeczywiste postanowienie. Byliśmy wtedy w Londynie i zmęczeni po ciężkiej pracy na rykszy czytaliśmy relację z takiej wyprawy w jednym z polskich czasopism rowerowych. Żaden z nas nie wierzył, że naprawdę pojedziemy, a już na pewno nie, że stanie się to tak szybko.
Już półtorej roku później Nepal okazał się znacznie bliższy niż nam się pierwotnie wydawało. Uczelnia oddelegowała mnie na semestralne stypendium na Tajwan, a po skończonej nauce wyruszyłem w podróż po Indochinach. W Kambodży, kupując pocztówki od pewnej dziewczynki, zauważyłem, że ma ona na sprzedaż także przewodnik po Nepalu. Nie musiałem się długo zastanawiać, kupiłem. Gdy po powrocie do Polski spotkałem Grzesia, długo opowiadałem mu o wrażeniach z podróży, pokazywałem zdjęcia, a na końcu podarowałem przewodnik mówiąc: „Daj znać, jak będziesz gotowy”.
Wiedziałem, że to na niego podziała. Widać było chęci, ale stało przed nami wiele barier. Tu czas, tam uczelnia, obrony itp. Jednak w te wakacje pojawiła się świetna okazja, więc postanowiłem usilniej namawiać Grzesia na wyjazd. Długo się wahał, ale w końcu usłyszałem na Skype’ie długo wyczekiwane „jedziemy”.

